wagonman345 | e-blogi.pl
Pinglish 2014 - pełni radości 2014-08-25

Zaczęło się tak. Miałem w lipcu umówione parę obozów, jeden po drugim. Pierwszy to tak  zwany Pinglish i już z niecierpliwością na niego czekałem.


 


Ale zanim na niego pojechałem, minęło pierwszych trzynaście dni wakacji. Mam na mysli lipiec. Nie czerwiec i lipiec. W tych dniach zlapalem kontakt z pewną Martą, była właśnie na misji w Jeleniej Górze. Po krótkim czasie namysłu chciałem tam pojechać. Nie ma jednak tak łatwo, nie udało mi się. Za to utrzymywaliśmy kontakt przez sms-y. Ale czas mijał i zanim się obejrzałem wyjechaliśmy do Radości pod Warszawą. Szybko też zapomniałem, że chciałem gdzieś wyjechać przed obozem, gdy wdałem się w jego klimat. Gdy pojechałem na miejsce, przywitała mnie moja siostra, która była tam wcześniej ode mnie, wraz ze swoją koleżanką Agatą. Była to Sobota lub Niedziela. Skłaniał się osobiście ku temu, że przybyłym tam w Sobotę, ale teraz to mało ważne.


 


Z jednego z tych pierwszych dni pamietam kazanie Samuela o Nechemiaszu. Wszystkich wprawiło to w jakiś taki duch zaangażowania. Przynajmniej mnie, coś w rodzaju- nie jestem tu dla swojej własnej przyjemności.


 


I naprawdę mogłem to odczuć. Właściwie to muszę powiedzieć, że mój tata przyjechał tam na miejsce po to by grać na gitarze, bo w pierwszych dniach nie było grajków. Więc tata pokornie wziął "Wędrowiec" i grał tak jak umiał, a my cieszyliśmy się, że mamy społeczność i uwielbienie.


 


Tak trwały pierwsze dni obozu. Parę dni później przyjechał inny grajek.


Obóz w ogóle rozpoczął się tak, że mieliśmy test z języka Angielskiego aby mogli nas przydzielić do odpowiednich grup gdzie moglibyśmy doskonalić nasze umiejętności.


 


Były też inne grupy, które gdy przyszło do pewnych zawodów sportowych na terenie ośrodka, rywalizowały ze sobą. Takie właśnie rzeczy czynią ten obóz niezapomnianym, ale nie tyko one. Jakoże jest to obóz chrześcijański ważnym jego elementem jest poznawanie Ewangelii i jej przesłania.


 


Przy młodzieży jest też czas na wyglupy i śmiech, jak najbardziej wskazany na takim obozie.


 


Jeśli chodzi o zawody to opowiem wam zabawny epizod, z którego teraz mogę się śmiać, ale gdy się wydarzył nie było nikomu do śmiechu.


A więc są zawody ka też biorę w nich udział pomaga mi w tym Dinek- przyjaciel, który studiuje medycynę i wie jak prowadzić wózek aby było w miarę bezpiecznie. Ale na zawodach młodzieżowych to nie jest aż tak ważne. W pewnym momencie przejął mnie Szymon- jeden z naszej drużyny. Nie pamietam już ci to była za dyscyplina, ale związany papierem toaletowym, pędziłem z nim aby ukończyć nasz bieg i gdy byliśmy już w połowie trawnika... Szymon poślizgnął się, wywalił, a ka fiknąłem do tylu na plecy. Cały obóz zamarł w bezruchu i przerażeniu, ale co mi tam plecy trzeba było dokończyć bieg, więc pozbierałam się naprędce i wróciłem do miejsca, z którego wyjechałem.


Podszedł do mnie wujek Henio i spytał czy wszystko w porządku. Rzuciłem szybką odpowiedź, że tak.


Na drugi dzień jednak tak mnie bolał brak, że nie było to ani trochę przyjemnie i wspomniałem słowa wujka.


 


Któregoś dnia z kolei były jeszcze inne zawody, równie szalone, ale nic dwa razy się nie dzieje tak samo, było dużo bezpieczniej jeśli chodzi o możliwość wypadku. Tym razem chodziło o


jedzenie różnych dziwacznych  mikstur i ogółem o zabawę w brudzenie się.


 


Był też dzień, w którym wybraliśmy się na Stare Miasto w Warszawie. To było niezapomniane wrażenie dla mnie, bo ja przecież z małego miasteczka jestem. Mieliśmy też jakieś zadania, bo to takie podchody były.


- śpiewaliśmy hymn pod pomnikiem


- musieliśmy zrobić zdjęcie pary królewskiej stworzonej z naszej grupy.


- recytowaliśmy wierszyk pod pomnikiem Adama Mickiewicza.


Itp.


Na obiad zatrzymaliśmy się w Berger Kingu.


Prowadzili mnie po mieście na zmianę. Raz prowadził mnie Oskar oglądaliśmy o motoryzacji, w pewnym momencie przystanęliśmy, bo zauważył jakiś rzadki, miały, sportowy model fiata. Przy okazji dowiedziałem się trochę o historii tego auta.


Wróciliśmy do Radości jako ostatni, ale nie miało to większego znaczenia.


 


W sumie nie wiem czy jakikolwiek dzień przebiegł wyłącznie według podstawowego planu. Zawsze było coś extra dodane.


 


Na koniec był bankiet w stołówce. Styl hawajski, dostaliśmy naszyjnik z kwiatów i usiedliśmy do stołów bogato zastawionych.


Później była możliwość potańczenia.


Chyba największym znanym hitem było `tsunami`. Świetna zabawa. Nie to jest jednak dla mnie najważniejsze. Tam podczas tej zabawy dostrzegłem pewną osobę, która nie bawiła się z resztą młodzieży. Chwilę później przysiadła się do niej pewną amerykanka. Obok siedziała jeszcze jedna osoba. W końcu przyszedłem i ja. Próbowaliśmy coś zagadać. Nie do końca dobrze nam szło, ale wspólnymi siłami jakoś zaczęliśmy się dogadywać i próbowaliśmy pocieszać smutną Olę trochę rozśmieszania, ale gdzie indziej znaleźć nadzieję jak nie w Słowie Bożym. Wtedy też poznałem bardziej tą amerykankę, z którą chciałem pogadać przez cały obóz. Niech mi nikt nie będzie miał za złe, że ten jeden, ostatni wieczór, był dla mnie najlepszy.


 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]