wagonman345 | e-blogi.pl
Koń wyścigowy dla niepełnosprawnych 2014-03-25

Wszystko stało się tak nagle. Żona mojego kuzyna wysłała mi wiadomość na portalu społecznościowym: Piotrek mam newsy dla Ciebie podaj nr telefonu to do Ciebie zadzwonię. Wysłałem, ale też dałem mój numer kuzynowi aby przekazał go żonie, bo chciałem się dowiedzieć jak najszybciej co to mogą być za wieści, w sprawie których tak do mnie napisała. 





Wyszedłem z domu aby pojeździć, trochę się rozgrzać. Mam w mieście taką ulicę, na której są same parkingi i samochody praktycznie tam się nie kręcą.





Tak więc byłem tam i poruszałem się w tą i z powrotem nie robiąc nikomu kłopotu. Namachałem się tak jak miało być i kiedy robiłem już nastą długość, zadzwonił do mnie telefon.





Odezwała się Ola. - żona kuzyna. - cześć Piotrek... - wyjaśniła sprawę, że dzwonił do niej gość z Ornety trener ludzi mogących jeździć na handbiku. itd. Zapytała się jakiego rodzaju ja mam sprzęt i powiedziała, że przekaże mu mój numer abyśmy mogli się dogadać. Powiedziała mi też o osobie, która u niego trenuje i jest niedaleko Giżycka.





Gdy miałem grupę Biblijną zadzwoniła do mnie ta osoba mieszkając niedaleko mojego miasta. Powiedziałem że niestety nie mogę teraz rozmawiać i na razie na tym się skończyło.





W piątek po spotkaniu młodzieżowym napisałem aby podała mi swój adres, a do niej zajadę. Okazało się, że to w Mazuchówce. Jakieś dwadzieścia - trzydzieści km stąd. Nie chciałem jechać tam autem, wymyśliłem, ze dostanę się tam moim rowerem.





Na następny dzień wziąłem mapę ze sobą komórkę, zestaw słuchawkowy i mapę. Zrobiłem sobie rano kanapki i zostałem też nakarmiony aby nie jechać z pustym żołądkiem.






Była ósma, gdy wyjeżdżałem.





Dość długo krążyłem po mieście zanim wyjechałem poza. Kiedy dojechałem do Kożuch Wielkich myślałem, że dalej będzie ciężko, bo już czułem się zmęczony. Chęć dojechania do Mazuchówki była jednak większa.





Wyjechałem z Kożuch, przejechałem przez Kruklin i... utknąłem na długo w lesie przed Sucholaskami. Nie było asfaltu, a przede mną rosła górka. Popychając wózek rękoma wlokłem się na przód. Był moment, że myślałem o tym, że zostanę w lesie na zawsze, bo koło wpadło mi w koleinę. Na szczęście w oddali słyszałem, że ktoś wycina drzewa i miałem nadzieję na to, że przyjdzie mi z pomocą.





Po chwili tak się stało. Wskazał mi te drogę, którą mam jechać.
Podziękowałem i powoli ruszyłem dalej w rzeczywistości bardziej pchałem wózko- rower przez leśną ściółkę niż jechałem





Znalazłem po drodze rozwidlenie i znak na miejscowość, na jaką się kierowałem. Po drodze dostałem sms-y, że ktoś do mnie dzwonił.





No tak jestem w środku lasu i nie mima zasięgu. – wniosek: odcięty od świata w dzisiejszych czasach.





Pisałem już o śladach opon? Bo tak naprawdę to one doprowadziły mnie do wyjazdu z lasu. Zaraz potem wjechałem na asfalt w miejscowości jaką już wymieniłem.





Po dobrej nawierzchni, to znów mogłem się rozpędzić. Zapytałem o drogę na Wydminy i skierowałem się do celu, w odpowiednim czasie zwróciłem się w stronę miejsca gdzie miałem dojechać i wkrótce minąłem tablicę z nazwą.





Musiałem się jednak cofnąć, bo dom, do jakiego zmierzałem był ciut przed terenem zabudowanym i w ogóle.





Kiedy tam dotarłem po przejechaniu 28km, Kasia właścicielka handbike’a przywitała się, a rower już stał wystawiony.





Nie mogłem się doczekać, kiedy na niego wsiądę.





Dali mi pojeździć po ulicy bez asfaltu i na niskich przerzutkach jechałem 10km/h – rower torpeda w porównaniu do mojego.





Nie mogę się doczekać, kiedy wyjadę takim rowerem na asfaltową drogę.


tak to wygląda





Jeśli chodzi o powrót, przyjechał po mnie tata.


w Kruklankach 2014-03-24

Zaczęło się tym, że chciałem pojechać w daleka drogę, a 13,5km jakie miałem przemierzyć, wydawały się dla mnie wystarczające.





                Nadarzyła się też okazja się też okazja, bo w dniu, w jakim miałem to zrobić Jacek i Ewa, o których pisałem już wcześniej, wyjeżdżali na wycieczkę rowerową – chciałem do nich dołączyć.





                Wyjechałem w trasę po godzinie 14. Mieliśmy gości z Kętrzyna, z małymi dziećmi. Miałem wybór zostać z gośćmi i pobawić się z dziećmi lub wziąć rower i ruszyć w trasę. Chyba nie muszę mówić co wybrałem





                Wyjechałem jeszcze przed pojawieniem się gości. Pojechałem w górę al. 1- go maja. Tak aby wyjechać na Węgorzewo. Muszę przyznać ze asfalt w tym miejscu był w sam raz pod rower. Namachałem się ale jechałem po kolei Gajewo/Spytkowo itd. W Spytkowie natrafiłem na górkę nie może dużą, ale pobiłem tam mój rekord prędkości i wycisnąłem 34km/h. Tak więc myślałem, że wyssie mi gałki oczne.





                Zatrzymałem się przy małym sklepie i zjechałem z trasy aby zadzwonić do mamy i powiedzie, że ze mną wszystko w porządku. Mama mi poleciła żebym kupił sobie coś i chciałem kupić wodę, ale ku mojemu zaskoczeniu, dostałem ja za darmo. Wkręciłem i ruszyłem dalej, gdy wyjeżdżałem ze wsi zadzwonił do mnie tata. Poradził żebym zadzwonił do Jacka czy w ogóle mnie odbiorą.





                Kiedy dałem znać Jackowi okazało się, że już wrócili z wycieczki i są w domu.





Musiałem odpuścić sobie wycieczkę z nimi.





                Jak skręciłem w leśną, ale asfaltową drogę do Kruklanek, musiałem jechać po dość nierównej drodze. Kiedy się skończyła, zaczęły się górki.





                Miałem dość spory rozpęd dlatego też z pierwszą stromizna nie było problemu, a kiedy zjeżdżałem podbić kolejną, zdmuchnęło mi cenną czapkę. Musiałem wyhamować z 30km/h i zawrócić po nią.





                Znowu od początku musiałem się wspinać kroczek po kroczku, ale to nic.





Myślałem, że z lasu wyskoczy na mnie jakiś zwierz jak to często potrafiło przy nas bywać, kiedy jechaliśmy w tą stronę.





                Po jakimś czasie dotarłem do znaku „Gmina Kruklanki”. Jadąc dalej zauważyłem rzeźbę „Kruklanki Witają”, a jeszcze dalej wjechałem na teren zabudowany. Wtedy zadzwoniłem do Jacka czy też wysłałem mu wiadomość: Gdzie oni są i jak do nich dotrzeć. Nie otrzymałem wiadomości, ale kiedy wędrowałem po mieście otrzymałem telefon od tarty – w samą porę, bo przejechał bym zjazd do przyjaciół. Co prawda było tam jeszcze jedno rozwidlenie, ale wtedy widziałem już ich osiedle i pojechałem prawidłowo, wprost  pod ich dom.


Konferencja w lutym :) 2014-03-12

Minęło już sporo czasu (jak zwykle) od wydarzenia jakie chcę opisać. A mianowicie od


weekendu 14 lutego.


Mieliśmy wtedy konferencję młodzieżową w naszym zborze. Przygotowywaliśmy się do niej już od jakiegoś dłuższego czasu. Trzeba było zrobić wielkie papierowe twarze ponieważ tytułem spotkania było pytanie „Kim jesteś?” i wpadli na pomysł, że maski na tą okazje będą idealne. Integrowało to grupę i osobiście świetnie się bawiliśmy. Gdy nadszedł czas rozpoczęcia jeszcze pojedyncze szczegóły były do dopracowania. Zająłem się drukowaniem tekstów piosenek dla grupy uwielbieniowej, która częściowo dojechała do nas z Poznania.


Piosenki  jakie śpiewaliśmy, tytuły, dostałem jakieś dwa dni wcześniej i ciężko było wyrobić się z drukowaniem, ale koniec końców podołałem.


Miałem siedzieć na rejestracji, zjadłem więc szybko obiad z przyjezdnymi z wielkiego miasta i popędziłem na dół dotrzymać towarzystwa osobie, która już tam siedziała. Kiedy byłem na miejscu zobaczyłem, że koledzy z Olsztyna zdążyli już nadjechać.


Rozsiedli się i czekali na następnych. Miała przyjechać jeszcze Ostrołęka, do tego Ełk i Kętrzyn, plus Bartoszyce.


Nie wiem kto skąd przyjechał po pewnym czasie siedzenia na rejestracji straciłem rachubę – jeśli można tak powiedzieć. Nie wiem do kiedy czekaliśmy na przyjezdnych, ale w końcu nadszedł taki czas, że trzeba było rozpocząć. Tata – pastor wyszedł na środek, serdecznie powitawszy wszystkich.


Konferencja się zaczęła.


Były walentynki. Mama cały czas przypominała że jest możliwość wysłania jakiejś miłej wiadomości do kogoś z uczestników i my organizatorzy będziemy to roznosić. Nie wiem czy zadziałało, ale była taka możliwość.


Była też jedna niespodzianka, mama zamarzyła sobie żeby zrobić LipDub w tym celu Łukasz przywiózł kamerę, okazało się jednak, że nie trzeba było, bo w końcu nagraliśmy to komórką.- jakość okazała się lepsza.


Gdy zakończył się wir rozpoczynania konferencji, przystąpiliśmy do opracowania piosenki. Każdy dostał fragment tekstu, który miał przedstawić. Młodzież rozlokowała się po całym budynku. Furczało od pracy. Zaczęliśmy pierwsze podejście. Przemek - jeden z kadry- był operatorem kamery. Biegaliśmy w tą i z powrotem, nakręciliśmy filmik co najmniej z cztery razy. Później został oddany Łukaszowi do obróbki.


Tego samego dnia obejrzeliśmy jeszcze multimedialny wykład Chipa Ingrama o relacjach.


Nie wiem, czy było coś jeszcze, w tym i tak już napakowanym dniu wrażeniami.


Ale wiem co czekało nas w Sobotę, dniu zaraz po.


Zszedłem na śniadanie. Dzisiejszy dzień miał być wypełniony, to znaczy miał być wypełniony towarzyskimi rozmowami, grami planszowymi i tak dalej.


Tata miał wykład o wyglądzie. Jak go traktujemy.


Przed obiadem byliśmy jeszcze na lodowisku. – to była niespodzianka. Jeden z uczestników, który poszedł z nami, upadł i miał nie mały ślad wywrotki na twarzy. Po upływie czasy wróciliśmy do zboru był czas obiadu. Pamiętam, że w tym samym dniu Łukasz miał wykład o związkach.


Kawiarenka cały czas pracowała na wysokich obrotach. Ale nie było czegoś takiego, że ktoś podczas wykładu poszedł coś kupić.


Ja osobiście sam żałuję, że nie robiłem notatek, bo głowa nie zawsze jest pewnym notatnikiem.


Rano śpiewaliśmy i wieczorem. Zosia usługiwała przy pianinie. Choć było i tak, że zaśpiewała grupa z Ełku.


Popołudniu wspólnie oglądaliśmy skoki narciarskie, wyświetlone na głównej ścianie. Dziewczyny trochę się buntowały, ale co tam jak chłopaki byli liczniejszą grupą na konferencji, walentynki się skończyły wczoraj – nie, żartuję nie było tak brutalnie.


W niedzielę rano było nabożeństwo dla wszystkich. Przyszli zborownicy zobaczyć jak konferencja idzie.


Kazane – wykład miał Radek Świerk. O Goliacie i Dawidzie o jego odwadze, która brała się z zaufaniu Bogu i o walce w Jego imieniu.


Nabożeństwo potrwało, ale planowo wszyscy się rozjechali do siebie.


 


A zapomniałem że w sobotę mieliśmy modlitwę o młodzieżówki w okręgu i mały raport o ich potrzebach, działalności i liczebności.


To na tyle


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]