wagonman345 | e-blogi.pl
Kierunek na Pieczarki 2014-02-27




Czas: Styczeń – święto trzech króli.



 



To był dzień wolny. Postanowiłem sobie, że zrobię trasę rowerem do Pieczarek. Powiedziałem o tym mamie wieczorem żeby z rana nie miała takiego stresu. Wyposażony w telefon, wodę i czekoladę ruszyłem w drogę, była jedenasta czterdzieści pięć. Żeby wyjechać na obwodówkę, jechałem przez miasto i trafiłem na wprost wylotu. Teraz ta trudniejsza sprawa, przejechać przez nią w jednym kawałku. Czekanie zajęło trochę czasu, ale chwilę później byłem po drugiej stronie jezdni. Odsunąłem się na bezpieczną odległość i dałem znać rodzicom, że przejechałem bezpiecznie i, że będę się wspinał teraz pod ostrą górkę, która była przede mną. Rozpędziłem się z rozmachem i jadę, jadę i własnym oczom nie wierzę. Licznik pokazywał dziesięć kilometrów na godzinę. Jak na podjeżdżanie pod stromiznę rowerem ręcznym to było szybko. Jednak jeszcze szybciej zjeżdżało się ze szczytu.
Gdy pojawiły się pojedyncze gospodarstwa, psy zaczęły szczekać, ale musiałem jechać dalej. Przejechałem przez jakiś lasek. Skręciłem przy domku bliźniaku. Stanąłem na przystanku autobusowym, wypiłem nieco z butelki i ruszyłem w dalszą drogę. Słońce świeci bardzo pięknie dookoła łąki, a ja sobie jadę. Jakiś czas temu przejeżdżałem przez teren jakiejś hodowli jakichś zwierząt i mówię wam: jak tam śmierdziało, ale już teraz to wszystko za mną. Całą drogę jechałem po asfalcie w słońcu, było ciekawie i fajnie.



Na drodze nie było śniegu. W ogóle to go mało było, aż do tego stopnia, że widziałem kłodę drewna, a na niej przyczepiony papier z twarzą bałwana. – to dopiero desperacja. To nie jest koniec mojej podróży Pieczarki jeszcze przede mną. Na poboczach były różnego rodzaju zjazdy. Nie korzystałem z nich pedałowałem dalej. Aż po kilku zakrętach zauważyłem napis Pieczarki, a mówię wam jaka to była satysfakcja jak przekroczyłem tablicę z nazwą miejscowości.



Kiedy wracałem natknąłem się na dwa wolno chodzące psy, w zasadzie usłyszałem ich szczekanie z dala, ale w tym momencie właśnie chciałem zrobić zdjęcie i w tym celu zjechałem z trasy jeszcze bliżej nich. Na szczęście w pobliżu był właściciel i uspokoił zwierzęta. Nie zrobiłem w końcu zdjęcia. Wjechałem z powrotem na asfalt i pojechałem dalej w stronę słońca.



Podjeżdżanie pod górkę od strony powrotnej było dużo gorsze. Naprawdę powoli się wspinałem. W końcu jednak jechałem dalej. Tuż przy wjeździe do centrum miasta, spotkałem gościa, który mi mówi:



- Co tak powoli na tym rowerze.



Kiedy odpowiedziałem że jadę z Pieczarek, umilkł.



Podjechałem nieco dalej i słyszę jakieś hałaśliwe coś i zaskoczyłem. No tak przecież Święto Trzech króli, to są jakieś obchody. Wróciłem do domu na obiad, akurat zdążyłem.



 


Sylwester z wypałem 2014-02-27



Końcówka grudnia to oczywiście sylwester. Urządziliśmy go z młodzieżówką na strychu kościoła. Najbardziej przy tym wszystkim napracowała się Estera. Zrobiła cały plan wydarzenia z rozpiską zabaw i przystroiła pomieszczenie odpowiednio. Wszystko miało być w stylu lat sześćdziesiątych. Mieliśmy przyjść przebrani. Tak naprawdę z dziewięciu wszystkich osób może cztery czy trzy były naprawdę przebrane, włączając w to mnie i Esterę. Cały sylwester zaczęliśmy z bardzo wielkim opóźnieniem w programie, bo czekaliśmy na parę osób.
O jedenastej coś, tata przyszedł z noworocznym Słowem. – „Co byś zrobił gdyby to były ostatnie minuty twojego życia”.
Chwilę później byliśmy na dole gotowi na wyjście, aby zobaczyć fajerwerki. Na początek wysadziłem swoje, które trzymałem ze trzy lata. Działały niezawodnie. Wyszliśmy na ulicę przeszliśmy parę kroków i stanęliśmy tak żeby widzieć co wyleci w powietrze przygotowanego przez miasto. Tylko zrobię taką wzmiankę, że moje trzyletnie petardy nie były gorsze od tych miejskich.


 



Święta 2014-02-27



Gdy zaczął się grudzień, może nie czekałem tak z utęsknieniem na święta, ale wiedziałem, że przyjedzie siostra z mężem aby wspólnie świętować te radosne chwile świąt. Z tym wszystkim przyjechała jeszcze jedna siostra i taki Łukasz. Czyli w sumie dojechało do nas na święta czworo.
Łukasz – mąż Oli – testował na nas swoją nową grę planszową. Niemal każdego dnia i z dnia na dzień wnosił poprawki. Pewnego dnia poszliśmy na basen. Okazało się, że mój szwagier nie ma odpowiednich portek na pływanie w basenie, ale tuż obok kasy siedział dyrektor i przepuścił go dalej.
No to teraz na basenie było dwóch Łukaszów i nareszcie mogłem spróbować zjechać na zjeżdżalni, bo miał mnie kto wnieść. W wigilię pod wieczór zajedliśmy do stołu było wiele rzeczy do zjedzenia. Od tradycyjnej śląskiej Moczki z suszonymi owocami i piernikami po pierogi w co najmniej trzech rodzajach. Plus krokiety – mniam.



Odprawienie urodzin 2014-02-27



 


 


Na końcu listopada miałem swoje urodziny. Poszliśmy z młodzieżówką na kręgle. Spartoliłem pierwsze dwa, czy trzy rzuty. Później jednak opracowaliśmy nową technikę puszczania kuli. Tak jak na początku próbowałem potoczyć kulę z jednej ręki, tak z wymyśleniem czegoś extra, zostałem rozpędzany z wózkiem, który hamował przed linią, a kula staczała mi się, dodatkowo wypchnięta przeze mnie, z kolan do celu. Czy to jasne? Po przyjściu z kręgielni do domu czekało na nas urodzinowe ciasto do zjedzenia. Tego samego dnia dostałem prezent od rodziców. Chociaż tak naprawdę miałem urodziny parę dni luźniej, ale co szkodzi odprawić je wcześniej. Nie mniej jednak życzenia na portalu społecznościowym zjawiły się zgodnie z prawdziwą datą urodzin.



Odwiedziny wujka - pastora 2014-02-26

       Czwartego listopada odwiedził nas Robert Blank przyjaciel rodziny, gdy się o tym dowiedziałem, że przyjeżdża, powiedziałem w pracy, że odpracuję ten czas i poleciałem szybciej do domu. Tak, chyba tak, to było. Po drodze zaliczyłem jeszcze lekcję angielskiego.
Był taki moment, że rozmawiałem z wujkiem sam na sam, do dziś pamiętam o czym rozmawialiśmy. Niech to będzie taka skala jak bardzo cenne to dla mnie było. Nie udało mi się wytrwać w postanowieniu jakie wtedy podjąłem. Jednak nadal staram się oddać wszystko w Jego- Jezusa ręce, bo przecież do niego dążymy.


Praca w zakładzie aktywności zawodowej 2014-02-26



 


Praca nie musi być straszna


 


 


Minął szmat czasu od ostatnich moich odwiedzin na blogu, ale to odznacza, że trochę się zdarzyło. W listopadzie miałem pracę w ZAZ-ie. Na stanowisku gliniarza, robiłem garnki i tym podobne rzeczy wszystko rękoma. Była to w końcu pracownia rękodzieła artystycznego. Dzień w dzień wstawałem o szóstej aby wyrobić się na 7.30. Dojeżdżałem tam moim skuterem elektrycznym, było w miarę niedaleko.


 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]