wagonman345 | e-blogi.pl
Sylwek star 2018-01-12


 


Zaplanowane było sporo. Wybraliśmy się z rodziną do kościoła Zielonoświątkowego. Mama przyszykowała sałatkę owocową dla ludzi. Gdy tam dotarliśmy przeżyłem lekki szok, kościół był wypakowany po brzegi. Nie było nawet jak wejść, musiałem do łazienki. Po piętnastu minutach wychodzę i patrzę, że rodzina się pakuje i zbiera do wyjazdu. Co się stało? Za głośnio było? 


Muszę przyznać, że było tłoczno i głośno. Pozbieraliśmy się i pojechaliśmy do zboru baptystów. Zapraszali nas na sylwestra tego samego dnia rano, gdy byliśmy na porannym spotkaniu kościoła. 


 


ludzi na spotkaniu było znacznie mniej. Prawdą jest tu, że nie chciano tłumów. przygotowane były zabawy, poczęstunek i gry planszowe.


 


Grałem w tak zwany Mexican train - Domino o nieco poszarzonych zasadach. Układałeś swoje własne domino od ustalonego przedtem klocka, drugą opcją było dołożenie się do pociągu wspólnie budowanego z klocków domino.


Co jakiś czas musiałem się kłaść z powodu bólu kręgosłupa. Kanapa na głównym holu była do tego najbardziej odpowiednia, na holu też znajdowały się olbrzymie akwaria z rybami. 


 


miałem również okazję popisać z koleżanką z USA na spokojnie 


Tak, tak więc sylwester był spokojny, ale fajny. 


 


Na koniec spotkania każdy losował kartkę z Imieniem Boga - Bóg ma wiele imion. W pełni objawił się w osobie Jezusa Chrystusa.


 


Mi trafiło się: Bóg, który widzi. To temat, który ostatnio do mnie wraca. Widzi Cię kiedy siedzisz i kiedy wstajesz rozumie twoją myśl z daleka. Widzi i nic przed nim ukryć się nie może. 


Widząc całkowite zepsucie posłał swojego Syna na okup za wielu, aby uratować tych, których umiłował przed założeniem świata    


Koleś Perfekt 2017-12-19

Koleś perfekcja


Jadłem suszone śliwki zdarza się, że później jesteś cały poklejony, bo to śliskie owoce. Mama podała mi ścierkę aby wytrzeć ręce.


Po fakcie- a teraz wrzuć do zlewu. No to zacząłem rzucać. Ścierka odbiła się od bufetu i wylądowała na podłodze. - Myślałem że sprawa zakończona, ale mama pobaje mi ponownie ścierkę. Tak jestem łucznikiem ale oko trzeba regularnie ćwiczyć. 


Chyba za trzecim racem się udało - podniosłem nieco parabolę lotu ścierki, ale i tak parabola lotu była taka, że szmatka trafiła do celu rykoszetem 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


przygoda rok temu 2017-12-11

Wczoraj w deszczu, jechałem na spotkanie o 18 do "Twojej Przytani" - kościół zielonoświątkowy w Olsztynie.
Kiedy dojechałem było już trochę po czasie, Co oznacza, że nie znajdę na dole kogoś, kto mógłby mnie wnieść po schodach. Gdy dotarłem na miejsce było jakoś dziwnie cicho. Na wołanie nikt się nie odezwał. 
Zszedłem z wózka i zacząłem wspinaczkę na kolanach. pomału pomału - trzeba uważać aby nie zlecieć. Wtedy to dopiero byłbym niepełnosprawny. Gdy byłem już na tyle wysoko aby zobaczyć kaplicę, myśl przebiegła mi przez głowę: Czy w ogóle odbywa się tu te spotkanie? - sala główna była pusta. Wchodzę na czworaka do sali. Podchodzi do mnie osoba. 
Zmachany mówię:
- Odrobiłem wszystkie odpusty. :)


Kurczowe, nie spastyczne 2017-11-26

Nareszcie kończy się ciężki dzień. Z samego rana wyjechaliśmy do Kętrzyna czekam na coś takiego od dłuższego czasu. Przeprowadzili na mnie masaż - terapie według Svetłany Masgutovej. - mogłem pomylić się z pisownią 


 


Tą technikę zastosowali na mnie jak byłem na wyjeździe w Chojnicach. Po tygodniu pracy mogłem zauważyć niesamowite efekty. Kręgosłup prostował mi się w oczach - nie wiem czy to zrozumiałe wyrażenie. 


 


Tym razem - jak byłem w Kętrzynie spotkałem niższą panią z nieco wysokim ego. 


Kiedy próbowaliśmy do niej się dostać trudno było nam znaleźć właściwy adres. 


 


Trafiłem do mieszkania.


Mam problemy z częstym oddawaniem moczu co oznacza, że jak tyko przekroczyłem próg, skoczyłem do łazienki. Uciążliwe to strasznie, bo jak się nie wyrobisz na czas to nagle cię spina i dosłownie pada ci, o drobinę, jakaś funkcja organizmu. 


 


Po załatwieniu sprawy chciałem już skocz na stół do masażu, ale zostało się jeszcze wylegitymować, jak bardzo połamany to ja nie jestem.


A, więc jestem Kurczowym porażenie czterokończynowym. - kurczowym serio? Zawsze  myślałem, że to się Spastyczne nazywa. Nie chcę być kurczakiem.  


 


Baba mówiła, że nie miała gościa z implantem w kręgosłupie, no cóż czas na ten pierwszy raz. 


 


Podczas masażu pytała się nas kto i jaką techniką wykonywał na mnie terapie Masgutovej.



  • Może Pani nie znać.

  • Nas jest mało itp. - Padło nazwisko z naszej strony.

  • a nie to nie znam. Pewnie to ktoś początkujący. 


Osoba, o której Babka się wypowiadała jest długoletnią fizjoterapeutką, Przez terapię masaż Masgutovej, ćwiczenia + mata Szumana ma na swoim kącie 


Chodzące porażenia mózgowe - (Ja mam porażenie i siedzę na wózku) oraz ma kontakt z twórcą metody, który teraz siedzi w Stanach. 


 


 


Także jak czytacie, trochę mi się pogorszyło, ale nadzieja na lepsze zostaje ze mną.


Marzenia osobowości 2017-05-10



    Jak tak popatrzę na siebie Jest we mnie sporo z dziczy. Niestety rzadko realizuje tą cząstkę siebie. Często podobają mi się po prostu leśne gęstwiny. W dzieciństwie uczęszczałem na hipoterapię. Dziecięce marzenia posiadana kochania i jeżdżenie nimi gdziekolwiek… to bardziej jak instynkt.
    Jadę samochodem normalnie po drodze I nagle las czy Polana oblane słońcem. Prawie znikam Z powierzchni ziemi jeżdżąc z koniem do tego gdzieś niedaleko mam rozbity namiot.  choć to nie konieczność. Parę kroków od miejsca stacjonowania płynie strumień, w którym mogę ugasić pragnienie. Nic jednak tak się nie liczy jak mój koń i możliwość ciągłego podróżowania. Nienawidzę siedzieć w miejscu. Las natura - ciągnie.

A jestem niepełnosprawny i mam obecnie spore kłopoty z kręgosłupem - są w nim ostre zmiany - możecie mi to jakoś wytłumaczyć, skąd te marzenia tam jeszcze siedzą?


50 lat szkoły 2017-05-02

Była taka akcja, jechałem z Zosią z Olsztyna do Giżycka. 


Zosia tego samego dnia miała zaśpiewać na uroczystości 50 lecia szkoły muzycznej, do której uczęszczała.


Uroczystość rozpoczęła się po godzinie szesnastej.


 


Na scenie staną chór dzieci z bardzo żywotnymi utworami. 


Po odśpiewaniu zapowiedziano pierwszą osobę. Bardzo utalentowany i wygrywający konkursy, dziesięcioletni Chłopak. Póżniej kolejny muzyk i kolejny. 


To raz myślami byłem w Carskiej Rosji, drugi jeździłem koniem po stepie.


Utwory były bardzo różne.


 


Miłym zaskoczeniem było to, choć może zaskoczeniem, które nie powinno mieć miejsca, że grało wiele moich znajomych z Kościoła. 


Zosia zakończyła całe spotkanie śpiewem i niejeden się rozpływał 


 


Na końcu był tort z mufinek. Nie liczyłem na to że się załapię, a tu podchodzi do mnie Eunika Zima z ciastkiem dla mnie. - w pierwszym momencie nie mogłem jej rozpoznać.


 


Po uroczystości pędziłem do domu. To znaczy poszedłem piechotą/jadąc na wózku w towarzystwie Zosi :)     


W chacie czekało tiramisu. Trzeba jakoś uczcić jubileusz. Jakby tego było mało, przyniesiono szampana.


przedszkole w pociągu 2017-04-08

Planowaliśmy z Zosią jak tu zrealizować moją wizytę w Poznaniu. Pierwszy pomysł był taki aby trafić do tegoż miasta w ten weekend, lecz gdy Estera planowała wpaść do Giżycka i spotkać się ze mną Zosia przejęła telefon i ni stąd ni z owąd wyskoczyła z pomysłem, abym trafił do nich pod dach. Zdarzyło się to 24.03.
Polecono mi, nie brać ze sobą mojego roweru, aby trafić na tramwaj o odpowiedniej porze wyjechałem samym wózkiem o godzinie 12.00 aby złapać tramwaj 12.41. co okazało się zbyt  dużym zapasem czasu.
Kiedy trafiłem na PKP okazało się, że będąc na wózku, czas, który sobie zostawiłem jako zapas, jest naprawdę niewielki. Pociąg odjeżdżał 13.37. Władowali mnie do nie mojego, lecz wolnego przedziału, w którym odbyłem całą podróż samemu.
Dlaczego?
Był to przedział dla służby… Dziękuję, że mnie tam umieściliście.
    Była śliczna pogoda. Słońce za oknem, a ja jadę do Poznania spotkać się z rodziną, której nie widziałem już jakiś czas.

Po jakimś dłuższym czasie powstał problem. Pęcherz dał o sobie znać, poprzez ból głowy. Wyglądałem za drzwi na korytarz pociągu nikt akurat nie szedł, w między czasie odwiedził mnie konduktor sprawdzić bilety. Tu kolejna niespodzianka. 
- Jedzie Pan do domu?
- Do rodziny.
    Przypuszczałem już od początku, bo to nie pierwsza moja podróż. Stało się.
- Ma Pan nie właściwy bilet. Mógłby Pan mieć ten bilet gdyby jechał Pan do domu.
(przypuszczalny dialog nie pamiętam go dobrze.)
Tak czy siak, byłem zmuszony kupić nowy bilet z inną zniżką os. niep. 37%, jakoś tak.
Dzięki Bogu, że dzień wcześniej zgarnąłem trochę gotówki.
    Jadąc dalej wciąż myślałem o toalecie. Byłem w przedziale dla służby to oznacza, że nikt nieproszony tu nie wchodzi. Po jakimś czasie wrócił konduktor. Musiał zostawić notatkę na błędnym bilecie abym mógł go zwrócić.
    Chciałem go poprosić, aby pomógł mi dojść do toalety, ale się tremowałem.
   Na korytarzy stał mężczyzna telefonując do kogoś.
- Przepraszam pomoże mi Pan dostać się do toalety. - I tak wyszedłem z przedziału przy pomocy po prostu pasażera.
    Nareszcie moje nerki się cieszą, pęcherz na nowo nowo pusty. Otworzyłem drzwi wychodząc - myślałem, że gościa nie ma, ale był wróciłem na swoje miejsce. Co było godne zapamiętania w tej podróży jeszcze to to, że przedział obok jechała rodzina z dziećmi, które radośnie biegały po korytarzu.
Chwyciłem harmonijkę w ręce. Jak grasz to organki mają to do siebie, że cała mieści się w dłoniach i nie widać co gra. Po chwili patrzę, a dzieci biegają i szukają źródła dźwięku.
Jak tak biegały, na myśl przyszedł mi obraz z Ewangelii, jak Jezus stawia dziecko przed uczniami.
    Kiedy dojechałem godzina była 18.15. Zamówieni byli sokiści lecz nie zjawili się na czas. Konduktor wyniósł mnie własnoręcznie.   
 


Męczę się sobą. 2017-02-03

Jako tako jestem po skończonej sesji. Według USOSa. Siedzę w Domu i się obijam, choć bardzo nie chcę tego robić. Zdawanie egzaminów było takie ze nawet nie wiem kiedy zdałem. Było trochę stresujących sytuacji, ale na dzień dzisiejszy udało mi się dotrwać do końca.
Poza tym, szarpie mnie gdzieś tam w duszy i nie zgadzam się na obecną sytuację, i jestem dziwnie egoistyczny jak patrzę na siebie z boku, co mnie przeraża.


 


Choć może nie bardzo znam też znaczenie tego słowa.
Drażni mnie też brak konkretnych decyzji jakie w ciągu dnia mam do podjęcia.
Czy to oznacza depresję? Nie wiem, nie chcę tego słyszeć.


Jest wiele dobrego dookoła, w sensie, potrzebne rzeczy pojawiają się niemal znikąd.


I jest za co Bogu dziękować. Ale ja potrzebuj reperacji od wewnątrz.


I modlę się o taką reperację/ całkowitą odnowę. Męczę się sobą.

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. (29) Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. (30) Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.
Mateusza 11:28


Perypetie przedświąteczne 2016-12-31

Wiele by pisać. Ale to już koniec roku. Lepszego momentu nie będzie. Musiałem wrócić do domu przed świętami. Mój kręgosłup nie jest w najlepszym stanie.


Od pierwszych dni w domu jeździłem po lekarzach. Badania wykonane. Muszę powiedzieć, że wiele osób modliło się o mnie, ból potrafi być dotkliwy. Lecz dzięki Bogu lekarze byli życzliwi i w niezwykle szybko udało się załatwić to co było potrzebne.
Poza tym terapeuta przemówił mi do rozumu, że po prostu jestem przemęczony i wiele z tych problemów pojawiło się, bo tryb życia studenta nie jest łagodny dla zdrowia.


Przyznaję, że uczelnia wymaga.


Łuk na dworcu 2016-11-27

Cześć wszystkim


Przedwczoraj, opuściłem mój akademik (a wchodzi mi już to w krew!). Pędziłem na łeb na szyję, aby złapać autobus jadący w kierunku dworca PKP. Kiedy spięty wypatoczyłem się z pojazdu, zostało mi 12min do zapłacenia za bilet i wejścia do pociągu. Człowiek z głową na karku pewnie by sobie pomyślał, że w mojej sytuacji - człowieka na wózku - to nie realne. Na szczęście mnie takie myśli nawiedzają rzadko. Wiele rzeczy zdarza mi się traktować jak wyzwanie. Niektóre z tych wyzwań udaje mi się podjąć, niektóre zaś wybijają mnie w ziemię i nie jestem w stanie się ruszyć.  Myślę sobie wtedy: normalnie tchórz! Na szczęście nadzieja ma to do siebie, że jest motywująca.


Jadę w stronę drzwi. Okazało się, że pociąg ma opóźnienie i to spore. całe 140 minut. Po telefonie do taty, patrzę czy nie ma jakiegoś alternatywnego autobusu, niestety nic z tych rzeczy, kasy zamknięte. Zaobserwowałem tylko, jak dwóch chłopaków sobie miga. Mam ostatnio zajęcia z języka migowego. Niestety nie zrozumiałem niczego, bo to jeszcze nie ten poziom wiedzy.


Przyjeżdżam na PKP. Patrzę, a tam w kolejce stoi dziewczyna z łukiem i kołczanem na plecach. WOW! Muszę jakoś do niej zagadać, bo  w końcu ja też strzelam z łuku. Stało się,  zagadałem.  Dowiedziałem się, że w Sopocie na 11 listopada organizowana parada, w której uczestniczą łucznicy. Pamiętam, moment, w którym tak bardzo chciałem zmienić kierunek swojej jazdy. Tyle, że nie miałem ze sobą łuku. Ona pojechała do Gdańska, ja do mego Giżycka.


To spotkanie, obudziło we mnie myśl o łucznictwie na nowo, z czego bardzo się cieszę i czekam kiedy nadarzy się okazja, by wypuścić strzałę.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]